Związki i takie tam ;)

Wiadomość
Autor
Awatar użytkownika
Basket Case
VIP
VIP
Posty: 712
Rejestracja: piątek, 18 lipca 2008, 10:41

Re: Związki i takie tam ;)

#46 Post autor: Basket Case » wtorek, 20 marca 2012, 16:34

Charlotte pisze:A jak tam u was bywa z zaangażowaniem w związku?
Tzn. czy wolicie dużo czasu spędzać ze swoją drugą połówką,
czy raczej staracie się ograniczać do minimum wspólne spotkania?
Czy wspólne spędzanie czasu w związku jest dla was ważne?
Pytanie paradoksalnie przewrotne. Z jednej strony chciałabym odpowiedzieć, że lubię być sama ze sobą, w relacjach z ludźmi potrzebuję odpoczynku, a z drugiej strony jestem teraz z taką osobą, która totalnie mi nie przeszkadza i mogę z nią przebywać 24/7, 52 tygodnie w roku (sprawdzone 2 tygodnie leżenia w jednym łóżku w chorobie ;) ).

Ważne, żeby było miło i przyjemnie. Jeżeli jest to chcę tego więcej (patrz sygnaturka ;) )



Awatar użytkownika
Kapar
VIP
VIP
Posty: 2314
Rejestracja: czwartek, 21 sierpnia 2008, 13:15
Enneatyp: Szef
Lokalizacja: DownUnder
Kontakt:

Re: Związki i takie tam ;)

#47 Post autor: Kapar » środa, 21 marca 2012, 03:50

Charlotte pisze:A jak tam u was bywa z zaangażowaniem w związku?
Tzn. czy wolicie dużo czasu spędzać ze swoją drugą połówką,
czy raczej staracie się ograniczać do minimum wspólne spotkania?
Czy wspólne spędzanie czasu w związku jest dla was ważne?
Rozróżniłbym między zaangażowaniem a spędzaniem czasu. Myślę, że każda Ósemka pakująca się w związek silnie się angażuje i wskakuje na wyższy poziom aktywności - wychodzenie z inicjatywą itp. Jeśli chodzi o spędzanie razem czasu, to zależy już od partnera. Lubię intensywność spotykania się zwłaszcza jak łączy się to z moimi zainteresowaniami i partnerka także jakoś się interesuje tym co ja. Dużo spędzam graniu w siatkówke, bieganiu, siłowni, więc przykładowo fajnie jakby dziewczyna lubiła ze mną pobiegać. Ogólnie jest dla mnie bardzo ważne, żeby było coś, co wspólnie lubimy ROBIĆ (aktywnie).
Z drugiej strony czasem po intensywności w rónych aktywnościach mam silną potrzebę bycia samemu, żeby podładować baterie, więc wtedy wolę się nie spotykać z nikim bez wyjątku.

Choć wborażam sobie, że będąc z kimś mogę spędzać wolny czas na różnych hobby a bycie z partnerem może być oazą do powrotu do równowagi i odpoczynku, jeśli mój partner nie podziela moich zainteresowań albo nie dotrzymuje mi kroku...

Nie jestem pewnie czy moja wypowiedź zadowala czy budzi tylko więcej pytań i niepewności:P
Arms wide open
I stand alone
I'm no hero and I'm not made of stone
Right or wrong
I can hardly tell
I'm on the wrong side of heaven and the righteous side of hell

Awatar użytkownika
Ketchup_suicide
Posty: 149
Rejestracja: środa, 4 kwietnia 2007, 21:33
Enneatyp: Indywidualista
Lokalizacja: Tauzen

Re: Związki i takie tam ;)

#48 Post autor: Ketchup_suicide » poniedziałek, 22 października 2012, 10:58

Mam bardzo proste pytanie dla męskiej częsci tego działu. A mianowicie:
Jak uwieść 8w7?
I czy w ogóle jest szansa przejścia z poziomu 'jesteśmy przyjaciółmi' na powiedzmy że 'jesteśmy kochankami'? :P
Czwórka z trzema skrzydłami.
MTBI: ENTP
Socjo: IEE
sx/sp/so

Awatar użytkownika
Kapar
VIP
VIP
Posty: 2314
Rejestracja: czwartek, 21 sierpnia 2008, 13:15
Enneatyp: Szef
Lokalizacja: DownUnder
Kontakt:

Re: Związki i takie tam ;)

#49 Post autor: Kapar » poniedziałek, 22 października 2012, 11:32

Jak uwieść? Nie wiem, mnie nie uwodzi się, prędzej ja uwiodę. Może można tego gościa uwieść słodkością i niewinnością, a może działa na niego stanowczość, bicz w ręku i wyzwanie? Kto wie jak nie ty? :)

Jeśli chodzi o drugie pytanie, to chyba większość młodych facetów nie będących w związku nie miałaby oporów z fizycznym skonsumowaniem znajomości, jeśli tylko dziewczyna zechciała ich zgwałcić. A tak wielu usycha, bo dziewczyny są niedecyzyjne :lol:

Tendencyjne troche pytania i troche tendencyjne odpowiedzi, no cóż! :roll:

podobny temat już był ale nie był zbyt popularny http://enneagram.pl/forum/viewtopic.php?f=10&t=4405 a także gdzieś było jakie kobiety lubią panowie 8? I tam było o zdobywaniu facetów 8
Arms wide open
I stand alone
I'm no hero and I'm not made of stone
Right or wrong
I can hardly tell
I'm on the wrong side of heaven and the righteous side of hell

Awatar użytkownika
Ketchup_suicide
Posty: 149
Rejestracja: środa, 4 kwietnia 2007, 21:33
Enneatyp: Indywidualista
Lokalizacja: Tauzen

Re: Związki i takie tam ;)

#50 Post autor: Ketchup_suicide » wtorek, 23 października 2012, 13:39

A jak ósemki ogólnie zapatrują się na bardzo chwiejne czwóreczki (4w3 konkretnie)? :P
Czwórka z trzema skrzydłami.
MTBI: ENTP
Socjo: IEE
sx/sp/so

Awatar użytkownika
eszpe
Posty: 318
Rejestracja: czwartek, 4 sierpnia 2011, 05:41
Enneatyp: Lojalista

Re: Związki i takie tam ;)

#51 Post autor: eszpe » wtorek, 23 października 2012, 17:55

Lubie Czwórki, mam do nich osobistą słabość (nie wiem czy inne Ósemki też).

Zarówno 4w3 jak i 4w5 nie dają się łatwo wystraszyć przez nieświadomą bezceremonialność, agresywność czy bezpośredniość. Pociągała mnie zawsze emocjonalnie zabarwiona ambicja i szczerość w okazywaniu uczuć.
Co się tyczy głównie 4w3 to, że lubią rywalizacje, ale nie zasadzie "wszystko albo nic" jak trójki, tylko łagodniej, nie robią się też mściwe przegrywając, nie chcą wciąż wygrywać. Zawsze mi to odpowiadało.
Jedyne co na dłuższą metę jest strasznie irytujące to niestałość w uczuciach lub ich nadmierna egzaltacja. Czasami bywają dwulicowe.

Odnoszę wrażenie (nie wiem czy prawidłowe) że to typy który najczęściej dobierają się na partnerów. Świadomie, bądź nie, są pociągane przez skrajności które same reprezentują.
papa ludki

Awatar użytkownika
Katarzyna
Posty: 22
Rejestracja: środa, 27 czerwca 2012, 15:39

Re: Związki i takie tam ;)

#52 Post autor: Katarzyna » środa, 21 listopada 2012, 15:26

Nie mam pojęcia czy to wynika z moich pochrzanionych relacji z rodzicami, a konkretnie z matką, która jest największym potworem w moim życiu oraz nigdy nie lubiła moich znajomych ani chłopaka (krytykowała go nawet gdy byliśmy razem, po zerwaniu już się zupełnie rozkręciła), czy może z tego, że moja pierwsza i jak na razie jedyna miłość uwiodła mnie i wykorzystała z czego leczyłam się ponad rok, ale nie umiem być w związku. Wszystko podoba mi się do etapu flirtu. Kiedy chłopakowi zaczyna zależeć - ja uciekam. Przeraża mnie to i przerasta. Nie umiem do nikogo się przywiązać i gdy już się z kimś zblizę, a właściwie on do mnie, to specjalnie zaczynam pokazywać swoją najgorszą stronę - ironiczną, podłą, aspołeczną, żeby się do mnie zniechęcił. A jednocześnie doskwiera mi samotność. Chore.
Being alone isn't so bad considering most people are shit.

Awatar użytkownika
Ketchup_suicide
Posty: 149
Rejestracja: środa, 4 kwietnia 2007, 21:33
Enneatyp: Indywidualista
Lokalizacja: Tauzen

Re: Związki i takie tam ;)

#53 Post autor: Ketchup_suicide » poniedziałek, 18 marca 2013, 22:28

Mam jeszcze jedno pytanie:
jak ósemki zapatrują się na związek z ex swojego bliskiego kumpla?
Czwórka z trzema skrzydłami.
MTBI: ENTP
Socjo: IEE
sx/sp/so

Awatar użytkownika
Kapar
VIP
VIP
Posty: 2314
Rejestracja: czwartek, 21 sierpnia 2008, 13:15
Enneatyp: Szef
Lokalizacja: DownUnder
Kontakt:

Re: Związki i takie tam ;)

#54 Post autor: Kapar » poniedziałek, 1 lipca 2013, 03:29

Smacosch83 pisze:Ja się poświęcam w związku rezygnując z hedonistycznego stylu zycia.
I ja także. Samo bycie w związku jest dla mnie poświęceniem bez względu na to z kim jestem. Mam wybór albo zrezygnowac ze swoich zapędów i byc z kimś, albo beztrosko rozsiewac swoje nasienie po całej kuli ziemskiej.
Jestem w udanym związku jeśli moje uczucia są na tyle silne, że oswajają moje hedonistyczne zapędy, więc tak naprawdę nie muszę wiele robic.
Arms wide open
I stand alone
I'm no hero and I'm not made of stone
Right or wrong
I can hardly tell
I'm on the wrong side of heaven and the righteous side of hell

bianco_martino
Posty: 18
Rejestracja: niedziela, 30 czerwca 2013, 08:59
Enneatyp: Szef
Lokalizacja: Warszawa

Re: Związki i takie tam ;)

#55 Post autor: bianco_martino » wtorek, 2 lipca 2013, 17:58

coś w tym jest, że albo jest się z kimś i się trzyma pewnych zasad, zobowiazan albo sie fruwa na lewo i prawo. jesli o mnie chodzi to jesli juz sie z kims mam wiazac to na stale. jak sie angazowac to na 110% a nie na pół gwiazdka. lubie wiedziec na czym stoje. po prostu gra musi być warta świeczki.

JessRabbit
Posty: 17
Rejestracja: sobota, 30 czerwca 2012, 20:57
Enneatyp: Szef

Re: CZY JEST TU JAKAŚ ZDROWA, NIESFRUSTROWANA I DOROSŁA 8KA

#56 Post autor: JessRabbit » piątek, 10 stycznia 2014, 14:37

silvergirl napisała zwięźle, więc ja się rozpiszę. Nie 'biznesowo', a 'prywatnie', powiem co w moim mniemaniu 'fajnego' do mojego sposobu pojmowania relacji międzyludzkich wniósł enneagram i skąd wzięła się moja potrzeba 'zweryfikowania' mojego charakteru. Może to zachęci kogoś, kto ma podobne albo zupełnie inne doświadczenia do tego, żeby też się rozpisać :) ? Użytkownik tego forum namówił mnie do 'zarzucenia przynęty' w nadziei, że jemu bliska 8ka -podobno całkiem fajna i całkiem zdrowa- też zechce się 'otworzyć' ;) jeżeli uzna, że jest z kim pogadać... Ja uważam, że fajnie jest wymieniać się doświadczeniami z innymi ludźmi, więc mogę spróbować :) Poza tym jestem przekonana, że zdrowych 8ek jest całkiem sporo, tylko pewnie nie chce im się -jak mnie i przyjacielowi przesympatycznego użytkownika tego forum- tracić czasu na pyskówki i 'demonstracje siły (w gębie)'.

Mnie enneagram parę rzeczy ułatwił i 'dopowiedział'.

Przypomniałam sobie o nim po latach. Pierwszy raz zetknęłam się '9ma typami' -w bardzo okrojonej formie- w jakimś babskim magazynie, kiedy byłam jeszcze w liceum. Zrobiłam test, przeczytałam krótki opis i zapomniałam o tym na lata. Jedyne co weszło mi w głowę, to myśl, że nie jest to takie zawracanie głowy jak 'zodiaki', a coś znacznie bardziej złożonego i prawdziwego...

Parę lat spędziłam w relacji z kimś, kto ciągle zarzucał mi 'trudny charakter', 'oschłość', 'niedostępność', jakiś rodzaj 'zimna' i takie 'nie poddawanie się emocjom', wmawiał mi, że jestem jakaś-tam... Bardzo mnie to męczyło, ponieważ swój sposób bycia -tj załatwianie spraw od razu, twarzą w twarz, rozwiązywanie konfliktów na bieżąco, nie 'obawianie się' konfliktowych sytuacji, nie tłumienie w sobie emocji, nie poddawanie się tym emocjom, tą ''zdolność'' do huknięcia na kogoś, kto zachowuje się nie w porządku (czy to w stosunku do mnie w jakiejś 'biznesowej' sytuacji, czy ''na ulicy'', na kogoś obcego, kto zachowuje się ''nie tak'' w stosunku do kogoś, kto też jest mi obcy), uważałam za coś zupełnie naturalnego, normalnego (i nawet przez jakiś czas uważałam, że ''wszyscy tak mają''). Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że mam trochę bardziej niż inni 'konfrontacyjną naturę', ale wyrosłam z etapu, w którym jarało mnie wkręcanie się w konflikty, więc asertywność uważałam za cechę bardzo pozytywną i czasami nie mogłam pojąć jak to jest, że niektórzy ludzie mój sposób bycia uważają za zbyt 'ekspansywny'. Dodam jeszcze, że kiedy byłam singlem nie odczuwałam żadnych 'negatywnych skutków bycia sobą'. Czułam, że nie jestem jakoś tam wylewna w stosunku do innych, miałam świadomość, że nie należę do 'najcieplejszych' osób, ale nie odczuwałam z tego tytułu jakiegoś szczególnego 'bólu istnienia'. Było mi dobrze. Tym bardziej, że na przestrzeni lat człowiek po prostu zaczyna lepiej rozumieć siebie (tzn jeżeli chce i ma taką potrzebę to szuka jakiegoś sposobu na to, żeby sobie swoje 'smoki' oswoić). Przepracowałam skutki bycia DDA, dokładnie zdałam sobie sprawę jakie mam ''issue'', co jest moją piętą achillesową, jakie mam mocne strony i jakoś poradziłam sobie nienormalnością, w której dorastałam, i która mnie kształtowała. Kiedy sprowadzić wszystko do najprostszego równania, to wychodzi na to, że istnieją dwa typy kobiet (ludzi w ogóle) DDA ; taki, który powtarza schemat z domu i wybiera na 'partnera' kogoś uzależnionego, i wchodzi w dokładnie ten sam rodzaj 'chorości' co matka, i jakoś tam w tym 'funkcjonuje'. I drugi (do którego ja się zaliczam), który odcina się i wybiera na partnerów mężczyzn -ja to nazywam : o 180 stopni innych od ojca. Rzecz jasna wszystko ma jakąś tam cenę, w końcu jesteśmy 'popsuci'... W moim przypadku od zawsze jest to 'skłonność' do tzw 'starszych' partnerów, co prawda nie jest to jakaś schiza z szukaniem 'drugiego tatusia', ale zawsze kierowałam uwagę w stronę i z wzajemnością przyciągałam, 'dorosłych' mężczyzn na określonym poziomie, w określonym typie, nierzadko autorytatywnych, z silnymi -w takim kulturowym sensie- męskimi cechami, od których mogłam się czegoś nauczyć, starszych ode mnie o średnio 15 lat. Niestety raz zmieniłam zwyczaj...

Zmęczona 'miłosnymi niepowodzeniami' pozwoliłam na sytuację, w której blisko mnie/ważną rolę w moim życiu zaczął odgrywać facet zupełnie inny, niż mężczyźni, z którymi zazwyczaj byłam (wchodziłam w 'romantyczne' relacje/związki, przyjaźniłam się etc.). Miałam wtedy gorszy moment w życiu, parę spraw mnie dosłownie przerastało i pomyślałam, że być może to jest ten czas, kiedy powinnam opuścić gardę i pozwolić, żeby ON się mną 'zaopiekował' -wcześniej, w każdej poprzedniej relacji byłam bardzo niezależna i zawsze na dystans. Tak naprawdę nie byłam do końca 'blisko' z mężczyznami, z którymi byłam... W przypadku tego faceta miałam sporo wątpliwości. Myślałam ''przecież on zupełnie nie jest w moim typie''. Ale równocześnie jakiś inny głos podpowiadał mi ''No ale wiesz, dokąd cię ten twój typ zaprowadził ? Poczekaj, daj mu szansę, może to to ?''. Gdzieś w myślach nawet skarciłam siebie za to, że może jestem po prostu zbyt zarozumiała ? Może za dużo mi się wydaje ? Może mam zbyt duże oczekiwania ? Może powinnam raz dać szansę zwykłemu facetowi ? Trochę 'spuścić z tonu' ?
No więc 'spuściłam z tonu' i dałam 'szansę' tzw. 'zwykłemu facetowi'... W każdym razie 'facetowi nie w moim typie'.

Jakimś cudem 'owiną mnie sobie dookoła palca' – wybitny manipulator, człowiek o twarzy na każdą okazję

Robił problem z tego co silvergirl trafnie określa ''spuszczaniem pary'' (Mimo że mam fioła na punkcie szacunku dla osób, z którymi jestem 'blisko' i nigdy podczas najgorszych napięć i spięć nie używałam w stosunku do tych ludzi -i do niego wtedy też- zwrotów czy wyrazów, które uważam za obelżywe). Generalnie robił problem z wszystkiego co opisałam jako mój naturalny/normalny styl bycia. Robił mi też wymówki/awantury o przyjaźnie z facetami, których znałam od zawsze, o to, że jestem 'zbyt zalotna', jak się ubieram itp. A ja -kretynka- zaczęłam się -na jego żądanie- zmieniać ; ''myszowacieć'' w miarę możliwości... I ciągle zarzucał mi, że wprowadzam 'nerwową atmosferę'...

Wróciłam do enneagramu, szukając jakiegoś sposobu, podpowiedzi na to jak przestać być 'agresywną pindą' -ponieważ po kilku latach prawie uwierzyłam mu, że jestem straszliwie niefajną osobą- i pytając sobie o to czy ja w ogóle jestem tą ''agresywną pindą'' ? Bo jakoś jednak tego nie czułam...

W pewnym momencie trafiło do mnie, że ON jest typem, który tłumi w sobie emocje, szczególnie te negatywne i prawdopodobnie dlatego tak źle znosi moje radzenie sobie z negatywnymi emocjami. Że w przeciwieństwie do mnie, która kiedy coś mnie wkurzy ''rzucę mięsem'' i mam z głowy, ON nie umie obsługiwać swojego 'wentylu bezpieczeństwa', że czegoś takiego nie ma, że tylko gromadzi... Po jakimś czasie zaczęłam zdawać sobie sprawę, że ja czuję się dobrze ze sobą, min. dlatego właśnie, że nie kumuluję negatywów i mam poczucie, że nie będę mieć dzięki temu wrzodów ;) To on ciągle nie radzi sobie z jakimś niepowodzeniami, trudnościami w pracy, które każdemu czasem się zdarzają. I że generalnie odnoszę wrażenie, że w związku to ja bardziej jestem jak facet, że to ja jestem bardziej stabilna i silna psychicznie od niego. Zaczęłam patrzeć na mojego partnera inaczej, krytycznie. I okazało się, że podczas gdy on uważa mnie za 'agresywną pindę', która rzuca mięsem, kogoś wybuchowego (w rzeczywistości -TERAZ- jest tylko jeden sposób, żeby wyprowadzić mnie z równowagi : postawić mnie w sytuacji, w której jestem zdana na łaskę i nie łaskę -szczególnie telefonicznej- obsługi klienta i muszę -bo nie mam wyjścia- rozmawiać z kimś kto ma a) w d...e moją sprawę, bo traktuje tę pracę jako zło konieczne i nie chce mu się angażować b) dodatkowo olał szkolenie, więc nie jest w stanie przeprowadzić obsługi na należytym poziomie c) jest po prostu mało inteligentny i nikt go nigdy nie nauczył czym jest savoir-vivre - wtedy faktycznie zdarza mi się unosić, ale w takiej sytuacji kończę rozmowę i albo po prostu jadę do siedziby firmy i załatwiam sprawę 'na twarz' albo piszę i też załatwiam sprawę), dla mnie staje się jasne, że przy wielu okazjach ON okazuje się być mięczakiem, który w sytuacji ''on line'' -czyli kiedy coś się dzieje- nie umie podjąć stosownego działania, zadbać o swój interes, ciągle się kryguje, obawia zająć konkretne, jednoznaczne stanowisko (co mnie się w głowie nie mieści), a w domu obarcza mnie swoją frustracją i robi sobie jakieś wyrzuty -których nie jestem pewna czy powód umie sam przed sobą jednoznacznie zdefiniować. Jestem z facetem, któremu mówię coś w rodzaju : ''Masz problem, to zrób to i to, rozwiąż go tak i tak. Nie jestem na twoim miejscu, ale w oparciu o to co mi mówisz, uważam, że w tej sytuacji najrozsądniej jest postąpić tak i tak'' – a on nawet do końca nie słucha, ''bo ja nie jestem w jego sytuacji i nie wiem jak to jest''. I osłabia mnie tym, że niby 'przychodzi po pomoc', radę, dzieli się ze mną problemem, szukając u mnie wsparcia, ja mu to wsparcie staram się w miarę swoich -skromnych- możliwości dać, a on zamiast skupić się na działaniu, stoi w miejscu... Więc -w skrócie- jestem ze sfrustrowanym gościem, który nie umiejąc poradzić sobie ze swoimi emocjami, obwinia mnie o swoje złe samopoczucie, niby się czymś ze mną dzieli, niby chce wsparcia, ale nie jest w stanie zrobić nic kreatywnego. Kiedy zagłębiłam się w temat bardziej, dotarło do mnie, że żyję z mega sfrustrowaną, wycofaną, konformistyczną 5ką i to nie ja mam problem.

Jasne, nołbadysperfekt, ale bez przesady. Otocznie, moi przyjaciele, najbliżsi, nie mieli (nie mają) ze mną problemu. To od tego faceta słuchałam, że mam podły charakter, że jestem kimś bardzo dominującym, niezdrowym itp. Żeby było zabawniej, na pierwszy rzut oka on sprawia wrażenie bardzo męskiego typa i kiedy zachodzi taka potrzeba jest nawet w stanie ''dać w ryj'' komuś kto się o to prosi... Ale fizyczność to jedno, a faktyczne 'radzenie sobie' to coś zupełnie innego...

Nasze ''awantury''...
Moje podejście do nich 'ewoluował' przez tych kilka lat, które z nim spędziłam.
Zawsze chodziło o to samo...
Wyglądały tak, że on się nakręcał, wyszukiwał coś czego się czepiał i zaczynał tyradę. Ja, szczególnie, kiedy powód spiny jest dla mnie zupełnie abstrakcyjny/sztucznie wywołany, po to, żeby coś na mnie wymusić itp. , 'wycofuję się'. Włącza mi się 'pole siłowe' jak w Star Treck i jestem 'poza zasięgiem'. Nie angażuję się. Nie okazuję emocji i to może wyglądać tak, że ktoś do mnie nawija/wydziera się, daje całe to schajzolskie show, a ja patrzę na tą osobę, w ścianę, przez okno. Do momentu.
Zawsze mówię, że jestem jak mastiff ; trudno mnie wkur...ć/sprowokować, ale jak już się to komuś uda, jak się uprze i mocno się postara, to w cholerę ciężko jest mnie wyhamować i strasznie długo wku...w ze mnie schodzi. Potrzebuję czasu do powrócenia do stanu happy go lucky. Ten facet był specem od stwarzania sytuacji, w których zachowywał się jak taki gówniarz, który drażni psa przez sztachetki ogrodzenia, aż doprowadza do momentu, w którym pies przeskakuje przez ogrodzenie i 'uzmysławia' gówniarzowi jak głupio było drażnić takiego dużego i cierpliwego psa. To było naprawdę chore, bo uruchamiał mechanizm, który działa tak, że ja w końcu 'włączam się w sytuację'.
Mówiłam mu, powtarzałam niejeden raz, że za chwilę się doigra, 'przejdziemy Rubikon' i zacznie się jatka (a ja dobrze się w jatkach czuję). Bo, moje 'uzmysławianie gówniarzowi 'dlaczego głupio było drażnić psa' polega na tym, że zaczynam robić to w czym jestem naprawdę dobra -i czego prawdę mówiąc nie znoszę i znowu :) nie robię odkąd nie jestem z tamtym typem- czyli zaczynam zadawać precyzyjne i głębokie rany, wykorzystując fakt, ze dokładnie wiem jak uderzać, żeby naprawdę doje...ć. Nie poprzez wrzask, używanie wulgaryzmów, jakichś epitetów, a spokojne walenie w czułe punkty kogoś, kogo dobrze znam i wiem jak go trafiać. Robię to w poczuciu, że ten ktoś sam się o to prosił. Przy czym 'odpowiedzi' nie robiły/ą na mnie wrażenia, bo w tym stopniu 'odbezpieczonego okrucieństwa' on nie był w stanie mi dorównać. Tym bardziej, że wtedy włącza mi się 'upośledzenie emocjonalne' i jestem jak socjopata = zero odczuwania, empatii, myślenia o konsekwencjach itp. (Wyrzuty sumienia i poczucie winy przychodzą potem, ale do tego jeszcze wrócę). Liczy się 'starcie' i doprowadzenie 'przeciwnika' do stanu, w którym wyczerpany emocjami, które ta sytuacja w nim obudzi, podda się, wycofa i się ode mnie odpiep...y =da mi święty spokój + wyciągnie lekcje na przyszłość. (Teraz, gdybym miała zachować się tak w stosunku do kogoś, to myślę, że to czego bym w związku z tym chciała, oczekiwała od tego kogoś, to to, że się ode mnie 'odstosunkuje' i więcej nie sprowokuje mnie swoim postępowaniem do takiego zachowania, bo wbrew pozorom dużo kosztuje mnie potem konieczność 'przemielenia' tego/stawienia czoła temu jak podle się zachowałam, przed sobą samą).
Po jakimś czasie, kiedy zorientowałam się jak wygląda u mnie 'program' pt. 'wojna w związku' udawało mi się wyhamowywać większość 'scysji', ponieważ mówiłam coś typu ''Nie chcesz tego robić, drażnisz mnie teraz, a potem będziesz się czepiać, że coś powiedziałam, a przecież zawsze jest tak samo. Teraz też ty nakręcasz sytuację'' – nie kumałam wtedy, że on mną manipuluje, że przede mną skumał jak reaguję, jaki mam rodzaj oprogramowania i pogrywał mną po to, żeby łatwiej mną manipulować, grając na nutę 'poczucia winy', które JA miewałam po każdej z tych sytuacji, mimo że to ja starałam się im zapobiegać, ''ostrzegałam go przecież''. Nigdy nie myślałam o tym, że on wywołuje 'awantury' po coś, a zawsze o tym jaka jestem 'straszna' i 'podła'.

Poczucie winy to najsłabszy punk 8ek -jak ktoś to sobie ogarnie, to może prowadzać nas jak na sznurku, a nam się wydaje, że takie niezależnie jesteśmy -aż żal tyłek ściska ;)

Ten facet zawsze był krok przede mną. Nawet, kiedy po jakimś czasie nauczyłam się o sobie więcej i racjonalnie -ale i tak mocno poirytowana- mówiłam coś w stylu ''Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Ustaliliśmy co ja powinnam w sobie zmienić, co ty powinieneś w sobie zmienić. Potem uzgodniliśmy CO MOŻEMY REALNIE czyli skutecznie zmienić w naszym zachowaniu/postępowaniu i cały czas o tym pamiętamy i cały czas trzymamy się tego co jest możliwe/realne. Doskonale wiesz, ponieważ uczciwie ci powiedziałam, że z tego, tego i tego nie zrezygnuję, nie zmienię, bo to są dla mnie sprawy kluczowe i nie dość, że sobie nie wyobrażam żebym miała je zmieniać/rezygnować z nich, to po prostu NIE CHCĘ TEGO ROBIĆ. Wiesz o tym, wielokrotnie o tym rozmawialiśmy. Teraz kreujesz sytuację, która skończy się tak jak zawsze kończą się twoje tyrady = chcesz wywołać awanturę, a ja na to nie idę, bo mi się nie chce. Jesteśmy teraz na planszy pt level 4 i albo kończymy tą rozmowę w tym momencie i staramy się ochłonąć, albo idziemy dalej. Jeżeli chcesz wywołać spięcie, to proszę bardzo, tylko że dla mnie to bez sensu. Ja nie zamierzam się z tobą kłócić, nie będę się na ciebie wydzierać, bo ja dokładnie wiem o co mi chodzi i jakie mam stanowisko. Wykrzykiwanie tego przez kolejne 3 godziny nic nie zmieni. Nie muszę krzyczeć, bo dokładnie wiem co chcę powiedzieć i nie muszę wynajdować sobie alibi w postaci kłótni do tego, żeby to zrobić. Ja nie mam problemu ze 'sztuką przekazywania treści trudnych'. Nie jest mi do tego potrzebna otoczka, ten cyrk, który ty wywołujesz. Mogę iść na określone ustępstwa, na pewnych poziomach mogę się zmieniać, ale to wszystko. Nie zamierzam się przekształcać w kogoś kim nie jestem i nie będę, bo ty tak chcesz''. Mówiłam to spokojnym tonem bez wkręcania się w jakieś emocjonalne odjazdy, a on wkręcał się coraz bardziej, szczególnie tym moim nie-wkręcaniem-się i nie wchodzeniem w jego bajkę. Często jednak mój spokój nie miał znaczenia i mój 'partner' i tak kreował sytuację, w której w końcu 'przeskakiwałam ogrodzenie'...

Z czasem zmienił sposób prowokowania mnie, bo zaczął grać na tutkę 'pogódźmy się'. I prawdziwa 'awantura' rozkręcała się o to, że on się 'chce przytulić', a ja mu mówię, że wkur... ze mnie jeszcze nie zszedł i nie życzę sobie, żeby przebywał ze mną w tym samym pokoju i je...ę mu jeżeli spróbuje choćby wziąć mnie za rękę (mastiff). Stwarzał sytuacje, w których jego sposób na 'zażegnanie konfliktu' był 'super' i przecież 'każdy by się zgodził, że w podaniu sobie ręki nie ma nic złego i to takie ludzkie'. Wmawiał mi, że jestem chora jakaś, skoro nie stać mnie na 'taki drobny gest dobrej woli'. A ja myślałam tylko o tym, że godzinę wcześniej doprowadził mnie do stanu, który był maxymalnie niezdrowy, mimo że prosiłam go by tego nie robił, bo dokładnie wiem jak działam, jakie mechanizmy we mnie funkcjonują i że wiedziałam, i on też to wie, że potrzeba czasu – ja go potrzebuję, by wrócić do równowagi, po tym jak doprowadził mnie do sytuacji, w której rzucałam talerzami i nie wiem co powstrzymywało mnie przed tym, żeby nie zacząć go okładać pięściami... I tak, kiedy nie udawało mu się wku...ć mnie kolejną rozmową o tym samym i tak doprowadzić mnie do sytuacji, w której zaczynam być 'mocno nieprzyjemna', przerzucał ciężar na 'pogódźmy się', i usiłując zmusić mnie do fizycznej bliskość -nie mającej nic wspólnego z sexem, żeby było śmieszniej, chodziło o 'podanie ręki'/'przytulenie' itp. , odpalał u mnie pokłady 'okrucieństwa' na własne życzenie...

Po jakimś czasie przestało mi się już nawet chcieć 'znęcać się nad nim'. Osiągnęłam stan ''mam wyje...e'' i zaczęłam już zupełnie na spokojnie bez grama emocji 'przejmę się jeśli się teraz rozstaniemy' -po prostu jeszcze lepiej poznałam siebie- pozostawać w tym Star Treck, 'za szybą' i mówiłam to samo co zawsze, tylko od razu (kiedyś to był 'ostatni punkt programu') bez wkręcania się w prowokacje czyli mniej więcej ''Jeżeli tak ci jest źle i tak strasznie się męczysz, to nie musimy tego dłużej ciągnąć. Możemy się rozstać. Nie jesteśmy małżeństwem, nie będzie formalnych trudności i przedłużania, po prostu alby ty się pakujesz albo ja''. On dostawał szału, zarzucał mi, że nic nie czuję, że na niczym mi nie zależy itp. A ja mówiłam tylko, że ''dokładnie znam swoje ograniczenia i po prostu nie mogę dać ci tego, czego ode mnie oczekujesz/żądasz, dlatego proponuję rozstanie, bo dla mnie jest oczywiste, że każda wywoływana przez ciebie awantura kręci się dookoła tych samych 'zarzutów' i widzę tylko jedno wyjście''. Ja miałam wtedy ''swoją bajkę'' pt. ''mam inne sprawy na głowie i mi się nie chce. Jesteś duży. Pakuj się i fruwaj''.

I przewidywalnie to ja nas ''rozstałam'' ponieważ ON zaczął mnie bardzo mocno męczyć. Jego nastroje, agresja w stosunku do mnie i oskarżanie mnie o agresywne zachowania (sic!), celowe wywoływanie spięć, które na mnie nie robiły żadnego wrażenia, i na które miałam po prostu wyje...e, mówiąc brzydko. Męczył mnie jego 'brak odwagi', nieumiejętność podjęcia decyzji, takie bezsensowne przeciąganie -brak jaj po prostu w tym zarzucaniu mi ''pindowatości'', które w pewnym momencie stało się dla mnie oczywistym, tchórzowskim bo, opakowanym w ''miękką bawełnę'', dążeniem do rozstania, a przede wszystkim jego 'zawodowe stanie w miejscu i nie robienie niczego, żeby być bardziej zadowolonym'.

Do teraz jest dla mnie zagadką dlaczego nie wyczułam tematu wcześniej, tzn co mnie zmyliło i dlaczego w istocie związałam się z kimś tylko pozornie silnym i co właściwie spowodowało, że zaczęłam szukać jakiegoś 'klucza', do -jak się okazało- wymiksowania się z tego układu. Wydaje mi się, że chciałam traktować tych kilka lat jako 'lekcję' i tylko jakiś zewnętrzny, obiektywny 'opis'/'spis'/'regulamin ('zasad i obowiązków') mógł spowodować, że uznam ten czas za niestracony, a za coś wartościowego.

Dziś mam świadomość, że to była relacja, z której on bardzo dużo wyniósł. Dużo czerpał z mojej siły, mojego 'parcia do przodu', z tego jak ja radzę sobie w określonych sytuacjach. Teraz chce mi się z tego śmiać, ale mam wrażenie, że on równocześnie podziwiał i nie znosił pewnych moich cech i sądzę, że to tak długo go przy mnie trzymało...

Podejrzewam, że gdyby nie enneagram -oczywiście jedność czasu, miejsca i akcji ;) jest nie do przecenienia w tym przypadku, przynajmniej z mojego punktu widzenia- i dodatkowa świadomość na temat moich wad i zalet, którą dzięki niemu uzyskałam, byłabym jak wiele innych kobiet, które dają się wkręcać słabym facetom, że są jakieś nienormalne i mają mega problemy ze sobą. Myślę, że jest realne, że mój -na szczęście (dzięki Ci Boże) ex- byłby w stanie 'zatruć mnie', jakoś złamać, że łyknęłabym jego ''narrację'' na mój temat i wkręciłabym się w jakąś ciężką depresję, że jestem strasznie popieprz...


Zawsze też, teraz już nie zaskakuje mnie, a raczej bawi to, jak ludzie reagują na 'odpuszczanie' przeze mnie pewnych rzeczy. Wyrosłam z 'ciśnień', z takiego upartego dążenia do 'udowodnienia komuś swojej racji'. Po prostu nie widzę sensu w traceniu energii na 'przekonywanie' kogoś do czegoś, bo uważam, że całego świata się nie zbawi i nie ma sensu podawać 'przepisu na sukces' komuś, kto nie jest tym zainteresowany. Jeżeli ja z autopsji wiem, że coś się sprawdza, jak coś funkcjonuje, a ktoś, o kim -już tylko po tym jakiego języka używa mówiąc o danym zagadnieniu- wiem, że nie ma pojęcia o czym mówi, stara się 'udowodnić' mi, że się mylę -olewam temat. Nie mam czasu ani ochoty na 'wykłócanie się' z ignorantami. I wtedy następuje zonk ; ktoś się czuje urażony, że nie chcę 'wczuć się' w jego punkt widzenia. A ja po prostu NIE MAM CZASU na bezproduktywne dyskusje, nie mam też natury 'nauczyciela', a poza tym zgadzam się z Jocker'em : If you good in something never do it for free. Dodatkowo z doświadczenia wiem, że ci 'rozemocjonowani' są strasznie trudni we współpracy/w towarzyskich kontaktach, a ja nie lubię trudnych ludzi, męczą mnie (Męczą mnie ludzie sami sobie stwarzający problemy i usiłujący te problemy przerzucić na otoczenie). To wydaje mi się zupełnie naturalnym podejściem (szanujmy swój czas/nie wszyscy musimy się lubić i się znać), ale zaskakująco sporo osób (kobiet szczególnie) męczy kota. Chcą wiedzieć dlaczego rezygnuję z kontaktu, chcą wyjaśniać i niektóre nawet zaczynają odjeżdżać w jakieś personalne motywy. To strasznie smutne, że kiedy ludziom brakuje merytorycznych argumentów, zaczynają stosować 'personalne pojazdy', a kiedy robią coś takiego dla mnie jednoznacznie i definitywnie kwalifikują siebie jako ćwoków...
Zauważam, że postawa pt. ''mnie się po prostu NIE CHCE z kimś 'spierać', 'kłócić' itp.'' jest strasznie trudna do ogarnięcia dla masy ludzi, szczególnie kiedy chodzi o jakieś spory 'światopoglądowe'. Myślę, że to jest strasznie smutne, że ludzie po prostu lubią się kłócić z innymi (wyładowywać się na innych ? rozładowywać frustracje i napięcia ?). Kiedy np. ja mówię komuś coś w stylu ''Słuchaj, nie chce mi się z tobą gadać, bo emanujesz strasznie niefajną energią i nie mam ochoty wkręcać się w twoją bajkę. Nie mój cyrk nie moje małpy. Myśl sobie co tam ci się żywnie podoba, jak ci z tym fajnie, to fajnie. Dla mnie luz.'' (jasno komunikuję, że 'wisi mi') i po jakimś czasie (kiedy ja już w ogóle zapomniałam, że ktoś-tam chodzi sobie po tym świecie), ten ktoś 'dobija' się do mnie, mówię ''Wiesz co, sorka, ale odpuśćmy sobie tą znajomość, bo jakoś się nie polubiliśmy i raczej się już nie polubimy'' jest wielkie zaskoczenie, że 'jak ja mogę być taka bezczelna ?!'. Kiedy mówię, że ''Nie jestem bezczelna, tylko nie czuję potrzeby utrzymywania z tobą kontaktów'' najłagodniejszym co słyszę jest, że 'jestem dziwna' :) Nie pojmuję dlaczego sporo osób odmawia innym prawa do świadomego wyboru ludzi, którymi chcą się otaczać, dlaczego mam zmuszać się do znoszenia blisko siebie kogoś irytującego infantylizmem albo ignorancją, skoro nie muszę tego robić ? Poza tym z mojej strony jest to forma 'prewencji', ponieważ prędzej czy później taka osoba zrobi/powie coś co wkur...i mnie tak, że ją zjem i wypluję. Po co leczyć skoro można zapobiegać ;) ?
W tym podejściu nie stosuję 'taryfy ulgowej', nie ma dla mnie znaczenia czy ktoś jest 'rodziną' czy kimś obcym. Tak samo traktuję ''żonę brata'', ''faceta przyjaciółki'' i (niedoszły) ''kontakt biznesowy''. Bliska mi 2ka mówi ''Daj spokój, ale ją pojechałaś, przecież to rodzina. Kiedyś na swój ślub będziesz ją musiała zaprosić'', a ja nie kumam bazy. Jak to 'rodzina' ? Tzn, że może mi wejść na głowę ? ''Ślub'' ? Za c… pana, mowy nie ma. Na okazjonalne spędy będę spędzać tych, których chcę i lubię, a nie tych, których ze względu na 'konwenanse' powinnam.

Zastanawiam się nad tym czy to na pewno jest tak, że 8ki są zbyt ''bezpośrednie''/''agresywne'' czy raczej po prostu jesteśmy tym typem, który najlepiej umie wyrazić 'co lubi, a czego nie lubi' i wyznacza granice. Osobiście często czuję się 'molestowana' marudzeniem ludzi, którzy roszczą sobie prawo do oczekiwania, że ja 'na pewno zachowam się jakoś tam/ coś tam dla nich zrobię'. Podczas gdy dla mnie jest zupełnie oczywiste, że ich roszczeniowa postawa jest taką typową postawą pijawki albo manipulatora, który lubi sobie ustawić otoczenie pod siebie. Kiedy stawiam opór i mówię ''Chwilunia, tak tego nie będziemy robić, bo mnie jest w tej wersji zupełnie niefajnie'', jestem atakowana jako osoba 'antyspołeczna'/'agresywna'/'nie oglądająca się na uczucia innych'.

Myślę, że my najwierniej hołdujemy powiedzeniu ''wolnoć Tomku w swoim domku''.

Ok, godzinę snu mniej kosztowało mnie to wypracowanie. Wklejam teraz. Po weekendzie zajrzę, może ktoś przeczyta, doda coś od siebie itp. itd. :)

Przenoszę post do odpowiedniego wątku / łasuch

ODPOWIEDZ